Nie wiem, ile byłam trzymana w tej kieszeni. Jednak gdy w końcu ujrzałam ponownie światłość byłam w całkowicie innym miejscu. Było to jakieś małe, zatęchłe mieszkanie. Byłam sama w pokoju, a bluza, w której byłam trzymana leżała na ziemi. Z drugiego pokoju dochodziły jakieś dziwne krzyki, ni to z bólu, ni to ze szczęścia. Poczłapałam się do miejsca, skąd dochodziły. Po drodze mijałam niedbale rzucone części garderoby. W drugim pokoju stało małe łóżko, na którym leżał tamten właśnie facet. Siedziała na nim tamta dziewczyna okrakiem, poruszając się w górę i w dół i wydając jęki. Nie wiedziałam co oni robią, ale wiedziałam, że nie powinno mnie tam być. Wybiegłam z pokoju, słysząc, że facet zaczyna mnie gonić. Był większy, więc bez trudu mnie złapał. Boleśnie za kark, tak jak tego nienawidziłam. Wrzucił mnie to kartonu, cały czas będąc nagim. Zaczęłam skamleć i piszczeć, ale wynik tego był nieoczekiwany, bo dostałam po pysku, a następnie karton został przykryty ręcznikiem. Usłyszałam kroki, a po kilku minutach okropne dźwięki wróciły.
Mijały dni, tygodnie, miesiące, a ja nadal byłam w tym samym śmierdzącym mieszkaniu. Pan nie wychodził ze mną na dwór, byłam zmuszona załatwiać swoje potrzeby w kartonie. Jedzenie dostawałam dwa razy na tydzień i to w małych porcjach. Ale po minięciu roku od mojego "porwania" od rodziny stało się coś dziwnego. Zostałam wyniesiona z kartonu. Na szyi miałam założony dziwny pasek z metalowego łańcucha, do którego była przyczepiona smycz z tego samego materiału. Pierwszy raz od roku zostałam wyprowadzona na dwór, ale nie sprawiało mi to przyjemności, bo mój pobyt na świeżym powietrzu był krótki. Chwilę potem zostałam załadowana do bagażnika samochodu. Jechaliśmy przez jakieś pół godziny, aż w końcu drzwi od bagażnika znów się otworzyły. Wyskoczyłam z niego, chcąc uciec, ale nagle coś pociągnęło mnie za smycz, ostro hamując. Odwróciłam się i zobaczyłam, że jesteśmy w jakimś dziwnym miejscu. To nie był Nowy York albo były to jego granice. Mój pan zaczął iść, krótko ciągnąc smycz. Była tak krótka, że ledwo stałam na czterech łapach. Zaprowadził mnie do zbiorowiska ludzi jego kroju: zaniedbanych, śmierdzących. Gromadzili się wokół czegoś, skąd dochodziły warknięcia i szczekania. Byliśmy coraz bliżej tego miejsca, a ja coraz bardziej się bałam. Dopiero teraz zobaczyłam, że część z tych ludzi trzyma na łańcuchu inne psy, kilka razy większe ode mnie. Psy te patrzyły na mnie, a w ich oczach było widać wściekłość i agresję. Zachowywały się tak, jakby już były panami świata. Wpatrywałam się w nie ze strachem, przez co nie zauważyłam, że jestem podnoszona i wkładana do jakiejś klatki. Była duża, miała kilka metrów długości i szerokości. Rozejrzałam się. W drugim narożniku stał jakiś czarny doberman, z którego pyska ciekła piana. Ludzie dookoła mnie zaczęli coś mówić, coś czyli krytykowali mnie. "Jak takie szczenię ma walczyć z takim psem?" - padały takie teksty. Wtedy wybuchło coś, a doberman przede mną skoczył w moją stronę. Moja koordynacja była słaba, więc zanim się skapnęłam poczułam ostry ból w karku. Zaczęło mnie piec, szczypać, boleć. Czułam tam ogień. Po chwili zaczęło coś stamtąd wypływać. Było gorące. Przez cały ten czas miałam zamknięte oczy, a kiedy ponownie je otworzyłam zobaczyłam, że leżę w kałuży czegoś czerwonego. Było mi bardzo słabo, czułam, że zaraz zemdleję. Już odlatywałam, gdy po raz kolejny zostałam uniesiona w powietrze. Było mi już wszystko jedno, liczyło się tylko to, aby uśmierzyć ostry ból.
Nie pamiętam co działo się dalej. Pamiętam tyle, że powtarzało się to co miesiąc. Miesiąc w miesiąc czułam okropny ból, moje rany nie zdążyły się zagoić, a były pogłębiane. Przez pazury przeciwników praktycznie straciłam całą swoją brązową sierść. Mijały lata, a ja byłam coraz lepsza w walkach. Moje obrażenia były mniejsze, ale nadal trwałe. Walki psów to był sposób mojego pana, aby zarobić na chleb.
Aż nastał ten dzień. Miałam się zmierzyć z tym psem, z jakim przegrałam za pierwszym razem. Miałam wtedy z 5 lat, ale jako amstaff nadal byłam od niego mniejsza. Jednak teraz on był stary i osłabiona, a ja w kwiecie wieku. Zabrzmiał gong, oznajmujący walkę. Zaczęliśmy krążyć wokół siebie, groźnie na siebie warcząc. Machnęłam łapą kłapiąc przy tym zębami. Przeciwnik zrobił podobnie, ale zamiast kłapnięcia szczękami wgryzł się w moją łapę. Pisnęłam głośno, ale szybko ją wyswobodziłam. Niestety wyszło z tego tyle, że zaorałam sobie skórę jego zębami. Nie miałam czasu spojrzeć na łapę. Skoczyłam na kark psa i zrobiłam to co on kiedyś mi. Wgryzłam się w kark. Miałam silne szczęki, ale pierwszy raz poznałam smak krwi. Spodobał mi się. Zaczęliśmy walczyć na serio - złączeni z sobą w kulkę i wgryzając się w różne części ciała. Jednak sekunda mojej nieuwagi skończyła się najgorszym bólem jaki kiedykolwiek poczułam. Taki jakby, ogień palił mi żywcem lewą łapę, która na dodatek była przebijana przez miliony malutkich i ostrych igieł. Runęłam na ziemię jak długa, a wróg skorzystał z tego i wgryzł się w nią, przez co wrzasnęłam najmocniej, jak mogłam. Walka się skończyła, przegrałam. Ale to nie było najgorsze. Najgorsze było to, że właściciel mnie porzucił tym samym pozwalając się w moje rany wdać zakażenie. Zostałam wyniesiona z klatki i pozostawiona na ulicy. Nie czułam lewej łapy, tak jakbym jej nie miała. Może to dlatego, że cały czas krwawiłam, może dlatego, że nie ruszałam się przez tygodnie. Ironia. Wróciłam tam, gdzie się urodziłam. Ale moich braci nie było. Byłam sama. Sama i umierająca. Wiedziałam, że to już mój koniec, że niedługo umrę. Samochody mnie mijały, nikt na mnie nawet nie spojrzał. Jednak kiedy straciłam wiarę w ludzkość oraz w siebie ktoś przy mnie uklęknął. Była to jakaś nieznana mi osoba, której jak każdego innego sie bałam. Wyciągnęła w moją stronę rękę, ale ja resztką sił warknęłam dając ostrzeżenie. I wtedy poczułam to. Chyba najpiękniejszy zapach, jaki kiedykolwiek czułam. Zapach, który nie kojarzył mi się z niczym. Ta sama osoba położyła źródło zapachu przy moim pysku. Podniosłam trochę głowę i zobaczyłam, że jest to kawałek mięsa. Zjadłam go łapczywie, a gdy tylko zniknął dostałam nowe kawałki. Były pyszne, rozpływały się w ustach. Pierwszy raz w życiu jadłam coś tak dobrego. Gdy nie było już nic podniosłam wzrok i zobaczyłam przyjaźnie uśmiechającą się dziewczynę z burzą rudych włosów. Miała zielone oczy. Wyciągnęła w moją stronę rękę, którą powąchałam i dałam się pogłaskać. Nie przeszkodziło mi to, gdy zawiesili mi na szyi coś. Nie był to łańcuch, z którym na zawsze będę miała złe wspomnienia. Był to luźny sznurek, którego prawie wcale nie czułam. Dziewczyna wzięła mnie delikatnie na ręce i wstała. Zaczęła iść w kierunku jakiegoś budynku. Weszliśmy do środka. Błądziliśmy korytarzami, ale po chwili dziewczyna położyła mnie na jakimś miękkim miejscu. Wpatrywałam się w nią nie wierząc w to wszystko. Dobry człowiek? Przecież to niemożliwe! Wtedy do tego pokoju wszedł jakiś facet w białym ubraniu. Chwilę rozmawiał z dziewczyną, a następnie podszedł do mnie. Zaczął mnie dotykać, badać. Ja nadal wpatrywałam się w dziewczynę, nawet nie mrugając. Poczułam ukłucie w okolicach szyi. Zaczęło mi się chcieć spać. Zasypiając nadal wpatrywałam się w nią.
Gdy się obudziłam byłam na miękkim posłaniu w jakimś pokoju o ścianach koloru miętowego. Było mi bardzo wygodnie, jednak bałam się nieznanego miejsca. Chciałam wstać, ale nadal byłam słaba. Podeszła do mnie ta sama dziewczyna. Trzymała miskę, z której pachniało nieziemskim zapachem. Poznałam ten zapach. To było mięso. Zaczęłam łakomie jeść. Poczułam jej dotyk, jej głos. Była taka spokojna, taka delikatna. Polizałam ją po dłoni, a ta się zaśmiała. Smakowała słodko, jak coś, czego nigdy nie jadłam. Minęło kilka dni, zanim ponownie spróbowałam wstać. Ale nie mogłam i to już nie z powodu osłabienia. Dopiero wtedy zobaczyłam, że nie mam przedniej lewej łapy. Mój świat się załamał. Nie mam łapy? Ale jak to możliwe? Jak to? Chciało mi się wyć, a widząc to, dziewczyna podeszła do mnie i przytuliła się do mnie nieustannie głaszcząc. Zaczęłam cicho piszczeć, cierpiąc. Nie bolało mnie miejsce, gdzie kiedyś miałam łapę. Bolało mnie serce. Złamane serce.
Mijały tygodnie, a ja powoli uczyłam się chodzić na trzech łapach. Szło mi to źle, ale przynajmniej umiałam wyjść na dwór i załatwić swoje potrzeby. Ale czułam, że sprawiam mojej pani tylko przykrości. Stałam się dla niej obciążeniem. Postanowiłam, że ją opuszczę. Pewnego wieczoru wyszłam na dwór. Wszyscy już spali, więc bez problemów opuściłam teren willi. Wędrówka zajęła mi mnóstwo czasu, bo byłam zmuszona kuleć. Po kilkunastu dniach podróży zatrzymałam się na odpoczynek, który robiłam sobie bardzo często. Zatrzymałam się w lesie, pod rozgałęzionym klonem, który dawał mi schronienie przed ciepłymi promieniami słońca. Był środek lata, wielkie upały. Byłam spragniona, ale nigdzie nie było wody. Leżałam tak więc pod tym klonem kilka godzin, aż usłyszałam szelest. Przestraszyłam się, bo po chwili zza krzaków wyszedł Doberman. Myślałam, że to mój odwieczny wróg, ale to była suka. Z szerokim nieustającym uśmiechem.
Sl: Witaj, kim jesteś? - zwróciła się do mnie. Starałam się być jak najmniejsza, żeby ukryć się przed nią. Może to przyjazne nastawienie było tylko podpuchą.
Al: Al... Altea... - powiedziałam cicho. Leżałam tak, że nie było widać braku mojej łapy.
Sl: Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. - podeszła bliżej mnie, na co zareagowałam nerwowo. - Jestem Shayle. - podała mi prawą łapę. Nie chciałam jej uścisnąć, bo wtedy wszystko by wyszło na jaw.
Al: Co ty... Co ty tu robisz? - zapytałam niepewnie.
Sl: Mieszkam. Chcesz też? - ledwie zauważalnie kiwnęłam głową. I tak oto jak stałam się członkiem Psiej Dynastii. Stałam się mieszkanką lasu koloru oczu mojej pani.